środa, 30 grudnia 2020

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją (2020)

 


Mamy w Polsce dobrą komedie z Karolakiem! Nie sądziłem, że kiedyś napiszę to zdanie na poważnie, ale jednak. „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” trafił na Netflixa wczoraj, a ja dalej nie potrafię wyjść z zachwytu nad kunsztem Pana Jana Belcla, który w moich oczach jawi się teraz jako reżyserskie "objawienie" tego roku. Zacznijmy jednak od początku.

Jest pierwszy stycznia. Przed pokaźną Villą stoi kilka radiowozów, a z środka na noszach wynoszona jest majacząca dziewczyna. Aspirant Grzegorz (Michał Meyer), wraz z Inspektorem Kwaśniewskim (Adam Woronowicz) badają dom, w którym doszło do zbrodni. Krew jest wszędzie, a wnętrzności walają się po podłodze. W kolejnych pokojach odnajdywane są ciała nastolatków. Nagle wjeżdża wesołe intro i przenosimy się dzień wcześniej, żeby na własne oczy zobaczyć jak do tego wszystkiego doszło.


Jan Belcl zaczyna swoje dzieło od, jak mawiał sam Alfred Hitchcock, trzęsienia ziemi, tylko po to by z każdą minutą jeszcze bardziej budować napięcie i zbliżać widza do nieuchronnego, tragicznego w skutkach końca zabawy sylwestrowej. Ogólnie nie jestem fanem tego zabiegu, w którym ktoś opowiada mi film „od końca", ale tutaj sprawdza się to wyjątkowo dobrze. Wiemy, że wszystkich czeka tragiczny finał, ale mimo to cały czas zastanawiamy się w jaki sposób do tego wszystkiego doszło. Po kolei poznajemy naszych wesołych bohaterów, z których każdy jest sztampowy do bólu. Jeśli w swoim życiu oglądaliście jakąkolwiek kloaczną komedie zza wielkiej wody możecie domyślić się z jakimi postaciami mamy do czynienia. Tak więc nie zabraknie nam tutaj: hipiski, narkomana, wyluzowanego rapera, dwójki przyjaciół udających giga ruchaczy, rozwiązłych dziewczyn, a także grzecznego chłopaka i jego dziewczyny. Belcl wyśmiewa amerykańskie komedie dla nastolatków w swój własny, pokręcony sposób. Łączy głupkowatą komedyjkę z thrillerem, tworząc pastisz idealny, czerpiąc przy tym z twórczości Tarantino.

Aktorsko film wypada dobrze. Na duże pochwały zasługuje Mateusz Więcławek. Udało mu się wykreować postać sympatycznego narkomana. Oprócz niego na ekranie pojawia się także Adam Bobik, który w końcu może pokazać swój aktorski kunszt. Powiem szczerze jego pechowy dostawca pizzy z głosem Karolaka, wydobywającym się z walkie talkie, to istne mistrzostwo świata i nawet dla niego polecam obejrzeć ten film. Co do reszty, to nie mam im nic do zarzucenia. Każdy z aktorów ma swoje momenty, co prawda krótkie, ale ma.



„Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” wypada na tle innych polskich produkcji bardzo dobrze, widać masę nawiązań zarówno do różnych filmów, popkultury, a także sztuki (w zasadzie może jeden żart, ale niech już będzie). Belcl bawi się konwencją i widać, że to go cieszy. Jednak nie obyło się bez kilku potknięć, a w zasadzie jednego - zakończenia, które kompletnie zniszczyło mi frajdę płynącą z filmu i aż niedowierzam, że po półtorej godzinie solidnego kina reżyser nagle zdecydował się na taki krok. Podejrzewam, że po prostu nie pozwolono mu zostawić (najmniej ciekawego) wątku bez rozwiązania, no bo jak to tak bez happy endu. Oprócz tego bawiłem się świetnie, chociaż rzeczywiście to film przeznaczony do oglądania z kimś, po kilku piwkach, aniżeli samemu. Szczerze polecam, bo to co się uśmiałem to moje, tylko może odpuście sobie ostatnie pięć minut, hm?

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Świąteczne zło (1980)


Czy jest coś lepszego na święta jak film o czerwonym grubasie rozdającym prezenty  grzecznym dzieciom? To pytanie retoryczne, nie musicie odpowiadać, wiem, że Kevin jest lepszy, ale załóżmy na chwilę, że w tym roku Macaulay Culkin jednak zdecyduje się polecieć ze swoją rodziną do Paryża, co wtedy? Wtedy polecam wam obejrzeć jakiś świąteczny horror, a najlepiej slasher z Mikołajem w roli głównej. Pewnie pomyślicie teraz - Będzie nam polecał „Silent Night, Deadly Night” . Nic bardziej mylnego, chociaż jeżeli nie znacie tego tytułu, to polecam go nadrobić, dziś za to przygotowałem dla was „Świąteczne zło” znane także jako „You Better Watch Out” z 1980 roku.

Film jak każdy świąteczny slasher rozpoczyna się od retrospekcji naszego głównego bohatera, który nie chce uwierzyć, że Święty Mikołaj nie istnieje, więc podgląda go, gdy ten podkłada prezenty pod choinką. Szybko jednak orientuje się, że Mikołaja bardziej od ciastek i szklanki ciepłego mleka interesuje się jego matką, a w zasadzie jej noga (której mizianie reżyser każe nam oglądać). Dzieciak jest przerażony wbiega do swojego pokoju i niszczy szklaną kulę. Przenosimy się wtedy do teraźniejszości, gdzie poznajemy naszego głównego bohatera w wersji adult. Zbliżają się święta, Harry Stadling jest dość ekscentrycznym pracownikiem fabryki zabawek, a w zasadzie jej kierownikiem(?), znaczy po prostu koordynuje pracę na hali. W wolnych chwilach natomiast biega po dachach budynków i podgląda dzieci przez lornetkę i opisuje, które z nich zasługuje na prezent, a które nie. Ogólnie to koleś po akcji z dzieciństwa ma jakieś rozdwojenie jaźni i ubzdurał sobie, że jest Świętym Mikołajem. Kilka dni później kradnie z fabryki zabawki, maluje sanie z reniferami na swojej furgonetce, ubiera czerwone szaty, przykleja sztuczną brodę i wyrusza w miasto bawić się w psychopatycznego Robin Hooda.


Tak z grubsza przedstawia nam się fabuła tego dzieła, ot zwykły slasher z świątecznymi akcentami. Harry jeździ po mieście, rozdaje prezenty i rzuca co jakiś czas wesołe „Merry Christmas”, a kiedy tego nie robi to wybija oczy niegrzecznych dorosłych małymi żołnierzykami albo testuje wytrzymałość swojej siekiery na ich głowach. Jednak wbrew pozorom te sceny są raczej chorą odskocznią od fabuły, a nie jej główną częścią. Twórcy bowiem trochę bardziej skupili się na opowiadanej historii. Nie jest ona jakaś wybitna, ale szczerze powiedziawszy, pomimo umiarkowanego rozlewu krwi ogląda się to całkiem przyjemnie. Seans nie męczy, a wręcz sprawia dziwną przyjemność, przynajmniej dla mnie jest to takie świąteczne guilty pleasure. Żałuje jedynie, że Pan Jackson nie pokusił się pójść na całość i wykorzystać początkowy wątek z Mikołajem – zwyrolem albo chociaż jakoś bardziej wyeksponować konflikt Harry’ego z bratem. Zamiast tego Lewis nieźle buduje napięcie, tylko po to, żebyśmy na końcu zobaczyli scenę z duszeniem i marny pościg rodem z W11. Szkoda, bo był potencjał, ale no mleko już się rozlało, a ciasteczka zjadły.


Aktorsko film wywołuje co najwyżej uśmiech politowania. Odtwórca głównej roli Brandon Maggart przez pierwszą godzinę gra z jedną emocją na twarzy, ogólnie wygląda to tak jakby przegrał z reżyserem jakiś zakład i teraz musiał zagrać w jego filmie. Wszystko zmienia się, gdy założy kostium Mikołaja, wtedy nawet możemy dostrzec w jego postaci trochę charyzmy, a jego świąteczne okrzyki są po prostu świetne. Jednak jeżeli ktoś oczekuje od tanich slasherów z lat 80 tych czegoś więcej, to powinien trzymać się od tego gatunku z daleka.

Szczerze mówiąc spodziewałem się tragedii, jednak nie było aż tak źle, jak myślałem. Było kilka ciekawych scen, a cały film zleciał mi całkiem szybko, historia mnie wciągnęła i nawet uśmiechnąłem się parę razy. Przecież to slasher z Mikołajem w roli głównej, co mogło pójść źle?